Bieg po życie

Bieg po życie. Z piekła Sudanu na olimpijskie areny

Lopez Lomong oraz Mark Tabb

Wyd. SQN

Tłum. Regina Kołek

Co czuje sześciolatek wyrywany z rąk matki przez sudańskich żołnierzy? Jak się czuje mały chłopiec zamknięty w ciemnej szopie z kilkudziesięcioma innymi dziećmi? Jak ma się rozwijać, kiedy pozbawia się go podstawowych potrzeb ludzkich? I jak reaguje, kiedy pojawia się światło w tunelu? Światło o nazwie Ameryka?

W oczekiwaniu na lepszy los

Zanim się zorientowałem, byłem jednym z najstarszych chłopców w obozie. Teraz to ja opiekowałem się młodszymi. Nigdy nie zastanawiałem się, dlaczego tak jest, nigdy niczego w Kakumie nie kwestionowałem. Przyjąłem do wiadomości, że życie po prostu tak tam wygląda, że zawsze będzie tak wyglądać. Nigdy nie oczekiwałem niczego więcej.

Tak naprawdę Lopez nigdy nie myślał, że coś mu się tak zwyczajnie należy. Na wszystko chciał zapracować, nawet jako mały dzieciak. Będąc ledwie od ziemi odrośniętym chłopczykiem, lubił pomagać tacie przy krowach. Później od rebelianckiego losu ocaliło go trzech chłopców i silne nogi, które niosły go przez trzy dni. Wiedział, że od niego zależy, czy przetrwa.

W obozie dla uchodźców pracował, ile mógł. Poza tym biegał i grał w piłkę. Swój los odbierał ze spokojem. Dostosowywał się po kolei do każdych warunków. Jedynie co do rodziców musiał przyjąć, że nie żyją. Żeby nie zwariować. Widział, co działo się z tymi, którzy nie akceptowali sytuacji.

W Kakumie – miejscu, gdzie mieszkali „zagubieni chłopcy” – Lopez spędził 10 lat.

Inny świat

Kolejny etap życia zawdzięczał też przede wszystkim sobie. Od siebie wymagał, przyjmował pomoc od innych, Bogu dziękował za powodzenie. Jego determinacja i wiara sprawiły, że wylądował w Stanach Zjednoczonych.

Opis tego, jak Lopez spędzał pierwsze chwile w Ameryce należy do najzabawniejszej części książki. Bieżąca woda, toaleta w domu, pokój dla siebie i „skarby” w garażu miały dla Lopeza zupełnie inny wymiar niż dla przeciętnego nastolatka z krajów cywilizacyjnych. A historia Lomonga to nie są jakieś zamierzchłe czasy, lecz początek XXI wieku.

Po tym, jak dali mi rower, nie byłem w stanie sobie wyobrazić, co jeszcze mogliby mi pokazać. W Kenii tylko najbogatsi ludzie mają rowery (…). Nigdy, nawet w najśmielszych snach, nie oczekiwałem, że będę miał własny rower. Był mój „jeśli mi się podobał”, powiedział tato. Komu nie podobałaby się tak wspaniała rzecz?

Przez sport do pomocy

Kiedy biegałem, nie myślałem o moim pustym brzuchu ani o tym, jak wylądowałem w tym miejscu. Wtedy byłem jedyną osobą, która miała kontrolę nad moim życiem. Biegłem dla siebie. Bieganie było moją terapią.

Lopez od początku wiedział, czego chce od Ameryki. Jasne, że marzył o tym, żeby wyrwać się z totalnej biedy. Ale ratując siebie, nigdy nie zapomniał o swoich towarzyszach niedoli w Sudanie. Marzył o tym, żeby im pomóc w jakiś sposób. A że zawsze był szybki i lata biegania w kenijskim obozie (po 30 km!) zrobiły swoje, padło na sport, na bieganie. Jego możliwości wywoływały ogromne wrażenie, a przybrani rodzice mocno wspierali, więc kariera sportowa stanęła otworem.

Po co Lopez biegał? Po medale? Dla satysfakcji? Na pewno też. Ale kiedy tylko miał możliwość, założył fundację. I pomaga. Po to biegł. Po życie. Nie tylko dla siebie.

Nie liczy się forma

Zwykle warstwa literacka ma dla mnie spore znaczenie. Cenię książki, które prezentują piękny język, dostarczają wrażeń na poziomie artystycznym i wymagają od czytelnika pewnego wkładu umysłowego. W przypadku „Biegu po życie” odłożyłam te wymagania. Forma nie ma tu kompletnie znaczenia. Historia dziecka z Sudanu broni się sama. Cieszę się, że ją poznałam.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *