Jakub Małecki „Dżozef”, czyli co wspólnego ma Joseph Conrad ze ścianami w szpitalu

Idzie do szpitala na zwykły zabieg naprawy złamanego nosa. Spotyka przeciętne pielęgniarki – no, może jedna wybija się urodą. Odwiedzają go znajomi, przychodzi rodzina – tak na chwilę, nawet piłeczkę do relaksu dostaje od mamy. Narzekają z nim na szpitalne jedzenie, wiadomo. Wszystko wydaje się zwyczajne – szczypta strachu przed zabiegiem, trochę bólu po nim. Nudne pogaduchy z towarzyszami niedoli. Tylko ze ścianami coś jest nie tak.

Czterech na sali i ten piąty

Jakub Małecki Dżozef

Jakub Małecki „Dżozef”
 Wydawnictwo SQN

Młody Grzesiek Bednar – główny bohater i jednocześnie narrator – to typowy przegryw, takie ma sam o sobie zdanie. Kłopoty ze znalezieniem roboty, dziewczyna nie taka, jaką by sobie życzył, z kolegów też raczej dumny nie jest. W dodatku go napadli, złamali nos i ukradli telefon. W szpitalu za towarzyszów niedoli ma:

  • Leszka Czysteckiego – 50-letniego biznesmena, którego Grzesiek z powodu włosów nazwał Kurzem,
  • Henia Jagiełłę – typowego narzekacza, więc dalej nazywanego Marudą, który jednak szybko przestaje mieć znaczenie w dalszej części historii,
  • Stanisława Baryłczaka zwanego Czwartym. Nie poznajemy go od razu, bo musi wrócić z zabiegu. Na oko ma około 60 lat, zniszczone, chude ciało i uszkodzone gardło.

A gdzie ten piąty?

Piąty nie jest bytem cielesnym, przemawia przez powieści i przejmuje władzę nad Czwartym – to Joseph Conrad, autor ulubionych dzieł pana Stanisława. Z czasem Kurz i Grzesiek dowiadują się, dlaczego. I wtedy robi się niebezpiecznie.

Dwie historie

W tym momencie fabuła rozjeżdża się na dwa tory. Jeden to ten już znany, szpitalny, w którym śledzimy zachowania i przemyślenia przede wszystkim Grześka, ale trochę też Kurza. Czwartego mniej, bo ten prezentuje najbardziej tajemnicze zachowania, choć właściwie tylko gorączkuje lub czyta. Tego ostatniego Grzesiek nie może zrozumieć:

Pomyślałem, że nie można bezkarnie w kółko żyć tylko zmyślonymi życiami. Że czytając coraz więcej i więcej, człowiek w końcu musi oszaleć, bo nie da się zmieścić w głowie tylu różnych historii i pozostać normalnym

Robi się dziwnie

Z każdą kolejną opowieścią pana Stanisława o życiu TAM dzieją się coraz dziwniejsze rzeczy TU. Nie od razu pacjenci zauważają zmiany, a raczej widzą, tylko nie chcą się do tego przyznać jeden przed drugim. W obawie, że im odbiło. Przecież to niemożliwe, żeby ściany się przesuwały. Grzesiek i Kurz zaczynają wątpić w swoje zdrowe zmysły. Co zresztą sugeruje Grześkowi historia pana Stanisława:

A przecież dokładnie takie same objawy dotyczyły ludzi, o których nam opowiadał. Ludzi zafascynowanych jakąś książką, wariatów, którzy nie mogą się oderwać od napisanej przez kogoś historii. Czytają coś i przez to nie śpią, nie jedzą, nie chodzą do kibla, słowem – zapominają o świecie.

To nie wydarzenia grają główną rolę

Fabuła to jedno, ale sposób podania wysuwa się w powieści Jakuba Małeckiego na prowadzenie. „Dżozef” to majstersztyk. Poziom groteski, magicznego realizmu, absurdu są w nim absolutnie wyważone. Podane w dawce, która nie męczy, a zachwyca; nie nuży, lecz wabi; nie daje się przewidzieć – intryguje.

Jakub Małecki świetnie skroił bohaterów: są realni do bólu, jak nasi znajomi, nie czarni i nie biali – mają swoje wady i zalety, przemyślenia i przemiany, lęki i akty odwagi. Sposób mówienia tylko to potwierdza, a autor pięknie lawiruje stylem dla potwierdzenia tych kreacji. Każde zdanie dopasowuje niczym najlepszy krawiec: nic nie odstaje, wszystko pięknie leży.

Dodatkowy zachwyt tworzy rola drewnianego kozła – to bardzo nietypowy bohater: niepokojący, ironiczny, niebezpieczny, a nade wszystko – metaforyczny. Idealny czarny charakter – ileż dzieje się za jego sprawą.

Jak udało się autorowi we wszystko jeszcze wpleść humor, nie mam pojęcia. Ale to zrobił. I to znów w sposób wyważony. Jak kucharz, który, gotując zupę, dodaje przyprawy w odpowiednich proporcjach. Jeśli przesadzi z jakąś, wyjdzie niestrawnie. Jakub Małecki w „Dżozefie” zadbał o wyśmienite dawki przypraw.

Nie rób sobie tego

Nie odbieraj sobie przyjemności przeczytania „Dżozefa”. To tylko 316 stron, a przyjemność gwarantowana na długo, bo ta książka zostaje w pamięci. Najpierw Cię wsysa, bo nie umiesz jej odłożyć. Musisz wiedzieć, co będzie dalej. Poziom zaintrygowania rośnie z każdą stroną. Zaniedbujesz obowiązki, zarywasz noc, szybko kończysz – za szybko. Jeszcze przerzucasz kartki, czytasz poszczególne fragmenty. Czujesz się jak Grzesiek. Wiesz, że nie zapomnisz kozła. Może teraz jest przy Tobie.

Jeżeli nie przepadasz za realizmem magicznym, a chcesz sięgnąć po powieść Jakuba Małeckiego, sprawdź, czy spodoba Ci się „Rdza”.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *