Biel Kydryński

Marcin Kydryński „Biel. Notatki z Afryki”

Marcin Kydryński

Biel. Notatki z Afryki

Wydawnictwo: Edipresse

Autor znany przede wszystkim jako dziennikarz radiowy, który swoim głosem gościł w wielu domach fanów radiowej Trójki. Moja zachłanność na słowo zawsze przechylała się bardziej w stronę tego, co można przeczytać niż usłyszeć, dlatego pan Marcin trafił do mnie dopiero przez książkę. To było piękne spotkanie.

Kolorowa cegła na białym tle

650 stron na lśniącym papierze fotograficznym, ważąca około 2 kg cegła, wydaje się niezłym wyzwaniem. A jeszcze tekst – nie wiadomo, czy to album, czy książka do czytania, bo tekst i fotografie konkurują ilością zajmowanego miejsca. Jeśli nie rzucasz się na zdjęcia z Afryki jak mój pies na kawałek jabłka, być może nie poczujesz pokusy, by wziąć książkę, żeby sobie po prostu poczytać. Tyle że to będzie ogromny błąd.

Fotografie a tekst – co prawdziwsze

Nie sposób przecenić tego, co odkryjesz, patrząc na zdjęcia z Afryki. To coś zarazem pierwotnego, jak i współczesnego. Niepokolorowanego, a niesamowicie barwnego. Szczęśliwi zakochani, bawiące się dzieci, foliówki rozrzucone po plaży, błękitna woda, skupienie mnicha, ozdoba rozciągająca wargę. Co piękne, a co brzydkie? Kto ma prawo osądzić?

Autor „Bieli” nie osądza, nie stawia się pod ani nad. To nawet nie są jego komentarze, raczej przegląda się w tym, co widzi, i stawia sobie pytania.

Na przykład zastanawia się, dlaczego ludzie fotografowali mieszkańców wioski w Etiopii: z dumy, z próżności, ze współczucia, z zakłopotania, ze zdumienia, bo inni to robili?

Nie sądzę, by ktokolwiek fotografował w nadziei, że mówi prawdę o życiu odległej afrykańskiej społeczności […] Czemu ja fotografowałem? Nie umiem odpowiedzieć prościej: z zachwytu. Ci ludzie są piękni.

 

kobieta z Afryki

Łap, póki coś zostało

Czytając „Biel”, co jakiś czas poczujesz żal. Bo pewne rzeczy się kończą i już nie wrócą. Coraz mniej pierwotności, nieskażenia cywilizacją i całkowitej synchronizacji z naturą. Wie ktoś, kto do Afryki wraca i widzi zmiany.

Niech pan spojrzy na moje miasto, Zanzibar. Niech pan pojedzie na wschodnie wybrzeże. W ciągu dwudziestu lat nie pozostało wiele z historii tej wyspy. Prawie nic z jej urody – mówi w „Bieli” Murtaza, handlarz starymi przedmiotami.

A autor znów nie ocenia:

Postęp, przyszłość, przedsiębiorczość – ktoś powie i będzie miał rację. Ekologiczna, urbanistyczna i społeczna katastrofa – powie inny i rację mieć będzie także.

Historycznie wystarczająco

Może Afryka nie ma tak bogatej historii jak Europa czy Azja, ale okrucieństwo nie ominęło tego kontynentu. Autor historię Afryki dawkuje po trochę, nie rozkręca jej po sznurze od A do Z.

Dla podtrzymania równowagi, dla nieprzechylania szali w stronę ukazania zła? Być może. Wspomina ideologicznego Mahdiego, wojnę domową w Sudanie, pisze o rzeziach W Liberii, okrucieństwach w Sierra Leone i wybuchu epidemii wirusa ebola. I jeszcze o kilku innych strasznych wydarzeniach. Wystarczy na jeden raz.

Literacko w sam raz

Twórca „Bieli” jakby się boi nazwać twórcą. Niepotrzebnie, panie Marcinie. Dla udowodnienia, że o Afryce zostało już tak wiele powiedziane, wielokrotnie przywołuje słowa innych pisarzy: na śnieżnobiałych kartach książki spotkasz m.in. Ryszarda Kapuścińskiego, Josepha Conrada, Henryka Sienkiewicza (zawsze od czegoś się zaczyna miłość do Afryki), Kazimierza Nowaka.

Czy to niezwykła uroda kraju, czy też wybitna wrażliwość autora, pewne skojarzenia zaprowadziły go do poezji, więc znajdziesz fragmenty wierszy Różewicza i Miłosza, trafione w punkt.

Wrażliwości i zadumy nigdy dość

Lubię woń tropiku, wilgoć rozkładu. Próchno pamięci. Tli się w tej woni melancholia przemijania.

Tym przede wszystkim wciągnęła mnie „Biel” – niesamowicie zmysłowym przekazem. Choć nigdy nie byłam w Afryce, dzięki takim książkom jak ta mogę przez chwilę poczuć jej klimat. Kiedy słowa działają na słuch, węch, wzrok i dotyk, nasz mózg robi coś nieprawdopodobnego: przenosi nas w krainę, o której czytamy.

Pomagają liczne metafory, onomatopeje, namacalne rzeczowniki i wibrujące energią czasowniki. Nie ma się co bać, że to jakiś poetycki miszmasz – forma zgrabnego, lekkostrawnego podania wciąga i pobudza apetyt.

Przestaliśmy rozumieć mowę pustych przestrzeni.

Jak już tak poetycko się zrobiło, to dodam, że „Biel” działa właśnie jak poezja – na każdej niemalże stronie skłania do refleksji.

Więcej w niej pytań niż odpowiedzi, postawionych sobie i ludziom, pewnie najbardziej tym, którzy jawnie lub po kryjomu – nawet przed samym sobą – czują się lepsi od tych z Afryki. Mnie, jemu, jej, Tobie też?

mężczyzna w Afryce

Żeby wymienić choć kilka powodów do refleksji autora:

  • Ciężarówki wypełnione po brzegi wyciętymi drzewami, z których powstaną podłogi, regały czy gitary we wnętrzach oddalonych o tysiące kilometrów od miejsca, w których wyrosły.
  • Ociężałość i niezgrabność turysty kontrastująca ze zwinnością i lekkością tubylców w tropikalnym gąszczu.
  • Mnogość barwy dźwięków w nocnej puszczy, z których jeden przypomina stukot maszyny do pisania, a inny ostrzenie ołówka, kolejny – dźwięk budzika w elektronicznym zegarku.

Afryka – czy naprawdę dzika?

Goryle, słonie, las, pustynia – tak, dostajesz egzotyczną mieszankę, co tak się kojarzy z Afryką, co fascynuje każdego niezależnie od wieku i pochodzenia.

W „Bieli” jednak głównym bohaterem zostaje człowiek, i trudno powiedzieć, który – ten opisujący czy ten opisywany. Biała skóra kontrastuje z czarną, jedna religia (a ściślej jej wyznawcy) walczy z drugą, inne są sposoby odżywiania, mieszkania czy porozumiewania się. Ale to przecież jasne, że przeglądając się w tym drugim, dostrzega się swoje wady, zalety, pragnienia, emocje. Wówczas okazuje się, że wcale się od siebie nie różnimy.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *