„Świat bez końca” – jak o kobietach i zarazie opowiada Ken Follett

Co wspólnego ma średniowieczna Anglia ze współczesną Polską? Jeszcze kilka miesięcy temu zdziwiłoby mnie takie pytanie. Dziś – w okresie pandemii i strajku kobiet – punkt widzenia zmienił się diametralnie.

Co słychać w Kingsbridge

Ken Follett

Wydawnictwo: Albatros

Tłumaczenie: Grzegorz Kołodziejczyk, Zbigniew A. Królicki

W 1327 roku w angielskim miasteczku Kingsbridge splotły się losy Caris, Merthina, Gwendy i Ralpha. Wówczas byli jeszcze dziećmi i nawet nie przypuszczali, jak mocno życie każdego z nich wpłynie na pozostałych.

Caris od dziecka wykazywała się nieprzeciętną bystrością, podsycaną przez ojca, handlarza wełną. Miała nietypowe – niewygodne dla siebie i bliskich – poglądy jak na owe czasy.

Gwenda stała po drugiej stronie bieguna pod względem statusu społecznego – pochodziła z bardzo biednej rodziny. Jej spryt wykorzystywał bezwzględny ojciec, który z biedą radził sobie w sposób daleki od uczciwości.

Bracia Merthin i Ralph różnili się od siebie jak ogień i woda: zarówno pod względem fizycznym, jak i każdym innym, przede wszystkim moralnym. Zdolności Merthina zaprowadziły go poprzez wyboistą drogę do pozycji szanowanego w mieście architekta. Natomiast Ralph – z ambicjami niewspółmiernymi do rozumu i brakiem sumienia – doszedł do władzy, z której skwapliwie i nielitościwie korzystał.

Klasyczna szuja musi być

Postać Godwyna, zakonnika, którego aspiracje matki wepchnęły na szczyt, to jedna z moich ulubionych w tej powieści. Nie, nie dlatego, że się identyfikuję z tym okrutnikiem. Nie kibicowałam mu, nie życzyłam spełnienia marzeń, wręcz przeciwnie, ale od początku wiedziałam, że Godwyn nieraz przyprawi mnie o dreszcze, poruszy emocje, wkurzy wredotą, rozśmieszy żałością, oburzy pomysłami. A przecież o to chodzi, kiedy czyta się powieść – bohater, czy to pozytywny, czy negatywny, powinien wyzwolić różne uczucia i skłonić do przemyśleń. Harry miał swojego Malfoya i Dolores Umbridge, a tu typową szują jest Godwyn.

A co z „Filarami ziemi”?

Pewnie obiło Ci się o uszy, że „Świat bez końca” jest kontynuacją „Filarów ziemi”. Dzieje Jacka i Toma w Kingsbridge zapoczątkowały serię o średniowiecznej Anglii. Do jej popularności przyczynił się sukces serialu nakręconego na podstawie powieści Kena Folletta.

Czy w takim razie czytanie „Świata bez końca” bez znajomości „Filarów…” ma sens?

I tak, i nie. Z jednej strony nie ma co pozbawiać się takiej przyjemności, jaką zdecydowanie przynosi lektura o Tomie – niezwykłym budowniczym. Z drugiej,  jeśli najpierw wpadnie Ci w ręce opowieść o Caris i Merthinie, nie odczujesz braków. Co prawda trafisz w powieści na różne nawiązania do wcześniejszych wydarzeń i bohaterów, ale Ken Follet zgrabnie podaje i przypomina informacje potrzebne do zrozumienia sensu tych nawiązań. Poza tym całkiem niedawno wyszła kolejna część cyklu – „Niech stanie się światłość” – opowiadająca jeszcze wcześniejsze dzieje, więc możesz zacząć zupełnie od początku.

most w Kingsbridge

Zaraza tu, zaraza tam

Nie był jedynym cierpiącym. Tysiące, a potem dziesiątki tysięcy Włochów zachorowało na zarazę. Połowa robotników z jego budowy znikła, tak samo jak większość służby. Niemal każdy, kto zachorował, umierał w ciągu pięciu dni. Nazywali to ‘la moria grande’ – wielka śmierć. On jednak żył.

Coś, za co lubię i doceniam pisarstwo Kena Folletta najbardziej, to osadzenie wydarzeń i bohaterów w czasach i miejscach historycznych. Przywołanie w powieści czarnej śmierci, która zdziesiątkowała w XIV wieku ludność Europy, robi duże wrażenie na czytelniku. Pozwala na większy stosunek emocjonalny do bohaterów, szczególnie teraz – w roku 2020 – kiedy świat po raz kolejny mierzy się z niewidzialnym wrogiem. Z dzisiejszej perspektywy obserwacja walki z zarazą – próby izolacji, dezynfekcji, tworzenie miejsc dla chorych, grzebanie umarłych, rozpacz po stracie bliskich – sprawia, że czasy średniowieczne nie wydają się tak odległe.

(Nie)wolna kobieta w XIV wieku

Skąd wzięły się u niej takie przedziwne uczucia? Na pewno nie odziedziczyła ich po matce. (…) Wierzyła w to, co mówili mężczyźni: że kobiety są gorsze. Jej podporządkowanie zawstydzało Caris (…)

Łatwo zauważysz, że dla Kena Folletta walka o prawa kobiet jest bliskim tematem. Charakterystyczną w tym zakresie postacią jest główna bohaterka – Caris ze swoim nietypowym stosunkiem do małżeństwa, macierzyństwa, wolności i wyboru. Bycie w zgodzie ze swoimi przekonaniami kosztuje ją wiele wyrzeczeń, a skutki nie zawsze są pomyślne.

Postać Caris to symbol walki kobiet o swoje zdanie, o możliwość podjęcia decyzji, o własność, o to, żeby nie być marionetką w rękach mężczyzny: ojca, męża, pana. Nie każda kobieta chce takie bitwy toczyć, większość się godzi ze swoją pozycją w społeczeństwie, bo ryzyko jest zbyt wielkie – może ją sprzedać ojciec albo ktoś oskarżyć o czary, przecież wystarczy znaleźć jakieś znamię.

900 stron – męka czy przyjemność?

Przyznaję – jestem łasa na takie tomiszcza, nie przeraża mnie blisko 1000-stronicowa objętość, wręcz przeciwnie. Jeśli jednak nie lubisz tkwić długo w jakimś fikcyjnym świecie, w jednym stylu, z tymi samymi bohaterami przez całe ich życie, to pewnie te 900 stron Cię zmęczy.

Przyjemność z czytania osiągniesz, jeśli:

  • lubisz towarzyszyć postaciom przez wiele „ich” lat;
  • podoba Ci się rozbudowana, wielowątkowa fabuła, która oprócz głównej drogi oferuje liczne ścieżki boczne;
  • masz ochotę „przejść” przez etapy rozwoju bohaterów – sprawdzać, jak wydarzenia kształtują ich charakter, klarują poglądy, wpływają na postępowanie;
  • czujesz potrzebę przywiązania się na dłużej do jakiejś społeczności, miejscowości, epoki – lubisz się zagnieździć.

Jeśli się wahasz, bo nie do końca wiesz, czy przebrniesz przez takiego grubasa, czy w ogóle warto się za to zabierać, to powiem Ci tak – zależy od tego, czego oczekujesz od literatury. Ken Follett pisze do prostego człowieka, nie wymaga od czytelnika wielkiej wiedzy, elokwencji, nie zmusza go do intelektualnego wysiłku.

Oferuje mu:

  • powieść lekką w czytaniu,
  • tematykę przystosowaną do przeciętnego odbiorcy: miłość, władza, religia, seks, walka dobra ze złem, bieda i bogactwo itd.,
  • bohaterów z krwi i kości, z wadami i zaletami, dobrych i złych (czasem nawet tendencyjnych),
  • świetnie rozplanowane wątki z elementami zaskoczenia, zwrotami akcji, z motywami typu „spadanie stu nieszczęść na jednego”,
  • efekt serialowy, co sprawia, że czytanie ciężko przerwać.

„Świat bez końca” na długie wieczory

„Niech stanie się światłość”, „Filary ziemi”, „Świat bez końca”, „Słup ognia” – obszerne powieści z jednego cyklu, prowadzą przez losy Anglii od czasów wikingów do Elżbiety I, opowiadają o miłościach, tragediach, konfliktach religijnych i politycznych, o indywidualnościach i społeczeństwach. W sam raz na długie, jesienne popołudnia.

Wolisz fantastykę od historii, przeczytaj recenzję „Dzieci Hurina” J.R.R. Tolkiena.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *